DIUNA Imperium – Fenomen gry
Za każdym razem jak siadamy z Magdą do partyjki w Diunę to nasze dzieciaki zaczynają dopytywać co takiego jest w tej grze, że tak ją lubimy i tak często w nią gramy? To fakt, odkąd kupiliśmy tą grę i zagościła ona na naszym stole to chyba króluje na nim do dziś. Przychodzą znajomi i pada pytanie „W co gramy?” to zgadnijcie jaka najczęściej pada odpowiedź? Tak, oczywiście, że Diuna Imperium.
No to może zastanówmy się przez chwilę co w tej Diunie takiego fajnego, ekstra, w dechę, że tak często w nią gramy i jeszcze się nam nie znudziła a wręcz przeciwnie… z każdą kolejną rozgrywką chcemy więcej i więcej?
Przede wszystkim regrywalność. To chyba jest całe sedno tej gry. Każda partia jest inna, nie ma powtarzalności. Oczywiście ktoś powie, że skoro nie ma powtarzalności to ciężko sobie z góry opracować jakąś strategię, taktykę na daną partię. Tak, po raz kolejny macie rację i to też jest piękne w tej grze. W każdej partii trzeba myśleć, kminić i szyć z tego co się ma w danej chwili na ręce.
Ale dlaczego tak? To właśnie sprawia mechanika deck buildingu z ewidentnym twistem jaki został wprowadzony do tej gry. Mając na ręce 5 kart (oczywiście można mieć więcej, ale zaczynamy każdą rundę z 5 kartami) i do wysłania początkowo dwóch agentów (mechanika worker placement) trzeba się pozastanawiać chwilę jaką kartę zagrać aby wysłać agenta aby coś zdobyć/zyskać a jakie karty zostawić na fazę odkrywania aby móc jakąś nową kartę pozyskać lub zyskać kilka punktów w konflikcie. Dodatkowo jak to z kartami bywa ich dobieranie do rzędu kart imperium jest przecież losowe. Każde przetasowanie talii kart sprawia, że ich ułożenie się zmieni a co za tym idzie rząd kart imperium będzie w każdej partii inny.
W podstawowej wersji gry mamy do dyspozycji zaledwie 67 kart imperium, ale gdy rozbudujemy swoją Diunkę o dodatki Potęga Ix oraz Nieśmiertelność to liczba kart imperium rośnie i to znacząco do około 200 kart. Taka ilość kart powoduje, że Diuna Imperium jest bardzo regrywalna. Powiem Wam szczerze, że zdarza mi się jeszcze, po tylu rozgrywkach, zobaczyć jakąś kartę po raz pierwszy (w zasadzie po raz drugi bo pierwszy raz ją widziałem wkładając ją do koszulki, hihi)
Czy coś jeszcze poza tą regrywalnością sprawia, że ta gra jest taka zajefajna? Tak… mnogość sposobów na osiągnięcie tych wymaganych do zwycięstwa minimum 10 punktów. Ale jak to? Przecież to chyba łatwo zdobyć 10 punktów? Kto nie grał w Diunę to teraz sobie pewno pomyśli co to za gra, w której, żeby wygrać trzeba zdobyć minimum 10 punktów. Ale uwierzcie mi, że to wcale nie jest takie proste jakby się mogło wydawać, bo w Diunie nie tylko zyskujemy punkty ale możemy je również stracić na rzecz innego gracza. Tak, tak… Ty tracisz a ktoś zyskuje.
Dodatkowym smaczkiem są karty intryg. Nigdy nie wiesz czy Twój przeciwnik nie zaskoczy Cię zagrywając jakąś intrygę i psując Twój cały misterny plan, który układałeś sobie w głowie przez całą rundę. Jesteś już pewien, że wygrałeś konflikt i nagroda za pierwsze miejsce trafi do Ciebie? O nie, nic bardziej mylnego. Przecież jeszcze można zagrać czerwone karty intryg. Możesz zostać zmuszony do wycofania swoich jednostek z konfliktu, ktoś może zagrać kartę z 2, 3, 4 lub nawet 5 mieczykami i prześcignąć Cię w ten sposób na torze punktacji konfliktu. Czy zatem warto zdobywać te karty intryg? Oczywiście, że warto, ale nie warto ich gromadzić bo jak ktoś wyśle swojego agenta na pole Sekrety a Ty masz na ręce minimum 4 karty intryg to jedną losową musisz temu graczowi oddać. Dlatego warto je zdobywać ale trzeba je też w odpowiednim momencie zagrać aby wycisnąć z nich maksymalnie ile się da.
No dobrze…, ale wspominałeś coś, że punkty można również stracić… za co można je stracić? Punkty można stracić głównie tracąc pozyskany wcześniej sojusz z jakąś frakcją. Frakcje mamy 4… Fremenów, Bene Geserit, Gildii Kosmicznej i Imperatora. Uzyskując minimum 4 punkty wpływu w danej frakcji pozyskujemy sojusz z daną frakcją i za to otrzymujemy 1 punkt i jakieś tam dodatkowe bonusy. Ale jeśli któryś z graczy w późniejszej fazie gry prześcignie Cię na torze wpływu tej frakcji to będziesz zmuszony oddać mu znacznik sojuszu, odjąć sobie 1 punkt a on go sobie doda.
Punkty można również stracić zagrywając kartę Zmiana Sojuszu. Można co nie jest równoznaczne z tym, że się je straci zagrywając tą kartę. W tej sytuacji wszystko zależy od tego, ile masz punktów wpływu na poszczególnych torach frakcji. Można tak pokombinować aby niczego nie stracić a jedynie zyskać.
Niech przyprawa płynie bo musi płynąć, a Wam życzę wielu wieczorów nad planszą Diuny. Filip Dyduch.
Diuna, Diunka, Diuneczka … Ile razy u nas w domu była odmieniana przez wszystkie przypadki. Tytuł gry a wcześniej książki. Tak książki! Podstawą uniwersum jest seria książek Franka Herberta. Dlaczego to trochę tajemnicze słowo weszło do codziennego użytkowania? To oczywiście gra. Wydana w 2021 Diuna Imperium, bo taka jest pełna nazwa, przebojem wdarła się na listę ulubionych gier. Ja w ogóle nie czekałem na ten tytuł. W dawnych czasach, kiedy jeszcze byłem młody, przeczytałem całą serię książek, ale dopiero przy trzecim podejściu. Nie mogłem przebrnąć przez początek pierwszego tomu, a potem przeczytałem jednym tchem wszystkie części. Były dobre, ale nie stałem się ich fanatycznym zwolennikiem. Już nie wróciłem do tego uniwersum. Wolałem Lema i P.K. Dicka (Nie wiem, czy ubóstwienie dla obu pisarzy się nie wyklucza przypadkiem? Może ktoś pomoże w tej kwestii?). Na film w 2021 r. nie poszedłem nawet do kina, może dlatego że miałem pewną słabość do wersji z 1984 r. z Kyle MacLachlanem jako Paulem Atryda.
Jednak w środowisku graczy zrobiło się głośno o grze. Mnie jakoś nie składało się, żeby zagrać, aż w końcu Filip przyniósł ją do mnie z dodatkami i autorytatywnie stwierdził „MUSISZ SPRÓBOWAĆ!” No cóż, jak ktoś tak ładnie prosi, nie mogłem odmówić. No i zagraliśmy. Od razu stwierdziłem, że faktycznie to jest dobra pozycja, no ale może „bez szału”. Jednak stara zasada obowiązuje, że gry nie można oceniać po jednej rozgrywce. Zdecydowałem się nabyć podstawową wersję i się zaczęło. Na cotygodniowych rozgrywkach u mnie w domu stała się numerem jeden. W cokolwiek graliśmy, to i tak na stole przynajmniej jako druga pozycja musiała się pojawić Diuna. Grana, pożyczana wielokrotnie, żeby i inni mogli ją poznać. Potrafiła przykuć do stołu osoby, które nie są nawróconymi fanami planszówek. W czym tkwi jej siła?
Po pierwsze wydaje mi się, że tematyka gry jest nienachalna. Nie czarujmy się, uniwersum Diuny to nie jest tak popularny świat jak Star Wars czy Star Trek. Gra jest osadzona w świecie wykreowanym przez Franka Herberta, ale nie przytłacza kogoś, kto nie zna tego świata. Dla fana serii książek jest przyjemnym wejściem w uniwersum. Oczywiście gra jest kompatybilna z filmem. Myślę, że sporo osób, które zagrało, chętnie obejrzy z ciekawości film, a może i sięgnie po dzieło literackie.
Po drugie Diuna rzuca na kolana mnogością mechanik, które występują w tej grze. No bo i mamy ekonomię – zbieramy przyprawę, wodę i pieniądze. Mamy area control, bo przynajmniej na rundę musisz zajmować / kontrolować miejsce na planszy. Występuje delikatna asymetria. Każda postać ma unikalne możliwości, co pozwala grać trochę inaczej za każdym razem, gdy zmieniamy kartę postaci. Dzięki kartom intryg, ale nie tylko, jest dosyć sporo negatywnej interakcji, a to „tygrysy lubią najbardziej”. No i zbieramy karty, aby wzmacniać swoją postać, a kart jest sporo i mamy tu kaskadę możliwości. Na koniec najlepsze – w każdej rundzie mamy bitwy. Z dodatku drednot jest prawdziwym gamechangerem.
Po trzecie zasady gry mimo mnogości mechanik są dosyć proste. Instrukcja bardzo przejrzysta i przyjazna dla gracza. Nawet osoba, która nie ma wielkiego doświadczenia w grach, dosyć szybko załapie zasady.
Po czwarte, co mi się bardzo podoba, to niewielka liczba punktów do zdobycia. W sumie tylko 12. Na końcu nie ma problemu z liczeniem mnóstwa punktów za wiele rzeczy. Tor zdobyczy jest bardzo przejrzysty i punkty w większości zdobywasz od razu po dobrym zagraniu. Teoretycznie każdy kontroluje swoje punkty i przeciwników.
Po piąte każda partia to emocje sięgające zenitu. Gdy już jesteś prawie pewien wygranej, ktoś wyskakuje tobie zza pleców i wygrywa o główkę zapałki (o przepraszam! o jedną małą przyprawę). Mimo rozegrania kilkudziesięciu już chyba partii, ciągle chętnie zasiadam do stołu, by udać się na Arrakis.
Czy Diuna Imperium to gra idealna? Być może nie. Pewnie można by znaleźć jakieś mankamenty. Ale chodzi o to, żeby te plusy nie przysłoniły minusów, których tak naprawdę przynajmniej ja nie znajduję. Dla mnie na pewno TOP 10 moich gier. Najlepsza rekomendacja. Zagrałem w Diunę z osobą, która no powiedzmy nie za bardzo lubi planszówki – raczej zagrała z musu. Spotykamy się dwa dni później i pada pytanie: „Andrzej, nie masz Diunki przypadkiem?” I chyba o to chodzi.
P.S Uważajcie na Czerwie
Z planszówkowym pozdrowieniem Andrzej Kowalczyk
Diuna Imperium jest grą, do której na początku podeszłam mocno sceptycznie. Nie lubię gier sci-fi. A jeszcze jakieś pojedynki „to nie moja bajka”. Upartość Filipa sprawiła, że gra pojawiła się w naszym domu. I jak tu nie spróbować? Początkowo graliśmy w podstawę i przepadłam. Uwielbiam gry, w których trzeba móżdżyć! I to jest to! Możliwość wyboru, analizowanie tury, poszukiwanie punktów. Satysfakcja, kiedy przesuwam się na torze punktów. Intrygi, które naprawdę się przydają w trakcie rozgrywki i na koniec gry. W grze sami decydujemy jakie pole zajmiemy, o jaki surowiec zawalczymy albo jaki surowiec będziemy musieli oddać.
Niepewność podczas pojedynku powoduje, że gra staje się bardziej interesująca. Wzbogacenie gry o dodatki powoduje dodatkową regrywalność. Piękne surowce, które nabyliśmy jako dodatek fanowski, powodują, że gra staje się wizualnie przyciągająca. To gracz decyduje jaką postacią będzie grał i jakie korzyści mu da podczas rozgrywki. A kiedy po poznaniu gry Diuna – Imperium oglądnęłam pierwszą część filmu, która pojawiła się na ekranie, to z większym zapałem i świadomością gram.
Polecam szczególnie kobietom, które zastanawiają się czy odnajdą się w świecie gier planszowych…
Ps. ja krótko i na temat 😉
pozdrawiam
Madziulka